Próbowałam parę razy kuchni koreańskiej (np. bibimbapu – i wrócę jeszcze do tego dania – u Witka i Bei) i miłości nie było – no, może poza silną relacją z kimchi, do której jednak, jak pisałam, musiałam dojrzeć (sic). Gdy więc wyszło, że jedziemy na prawie dwa tygodnie o Korei Południowej, miałam obawy, że spożywczo będzie tak se (i że w ogóle mi się tam nie będzie podobało). Tymczasem wróciłam zachwycona pobytem jako doświadczeniem, w tym lokalną kuchnią. Dla porównania, w Tajlandii naprawdę podobała mi się tylko kuchnia (i niestety w PL nigdy nie trafiłam na równie dobrą tajską – co może też stać za rozczarowaniem daniami koreańskimi jedzonymi w kraju) i przyroda; nie czuję zupełnie potrzeby wracania do tego kraju, a do Korei bym wróciła 😉.

Pierwszy obiad w Seulu i szufladka na sztućceSkupiając się na art. spoż, gdybym miała spontanicznie wymienić z czym kojarzy mi się jedzenie w Korei, wymieniłabym szufladkę na sztućce, nożyczki, kiszonki i gochujang. I już wyjaśniam każdy punkt.

Szufladkę nam pokazano podczas pierwszego posiłku w zatłoczonej (nie turystami!) jadłodajni w seulskiej dzielnicy Myeong-dong, gdy spytaliśmy o sztućce. Bardzo często stoliki w knajpkach mają wbudowane pod blat szuflady z łyżkami, pałeczkami (stalowymi; drewniane dostaliśmy tylko do zakupów na wynos w sklepie spożywczym), papierowymi serwetkami i, czasem, nożyczkami. Z czasem nauczyliśmy się ich szukać, i dopiero stwierdziwszy brak szufladki prosiliśmy o sztućce. A czemu nożyczki? To bardzo przydatne narzędzie do pocięcia makaronu (już w zupie/sosie, i też zobaczyliśmy to już podczas pierwszego posiłku), mięsa na grillu lub kurczaka w potrawce. Czasem nożyczki przynosi i nimi operuje obsługa, czasem klient jest zachęcany do samoobsługi. Natomiast kiszonki – nie zawsze kimchi, albo nie zawsze tylko kimchi – są wszechobecne, i stanowią dodatek do de facto każdego posiłku (choć czasem są to nie kiszonki, a pikle). Kimchi za każdym razem smakowało trochę inaczej (nie zawsze kapusta była głównym składnikiem), choć zawsze było pikantne i mniej lub bardziej czerwone od papryczki gochugaru. Gochujang zaś, czyli pasta z ostrej papryki (o tym, co z nią robię, pisałam w kontekście przepisu na kimchi) pojawiło się (obok zresztą kimchi) już w samolocie, jako zamiennik ketchupu, i w nieco podobnym zastosowaniu przewijało się przez większość wyjazdu (okazjonalnie zastępowane wasabi). Na lotnisku tablice z przykładowymi zakazanymi w bagażu podręcznym płynami zawierają ilustracje lub zdjęcia najpopularniejszych opakowań gochujang, takie, jakie kupicie i w Polsce 😉.

Hanok w Hahoe i śniadanie

Skoro już omówiłam skojarzenia top of mind, co mnie zaskoczyło spożywczo? Na przykład azjatyckie śniadania! Bardzo się przed nimi broniłam, bo zaczynanie dnia od np. zupy na mięsie wydawało mi się nieporozumieniem. W seulskim hotelu był bogaty bufet śniadaniowy m.in. z opcjami lokalnymi, ale z tej części częstowałam się tylko warzywami lub miękkim tofu, aż podczas noclegu ‘na wsi’ (a właściwie w skansenie 😉) tradycyjne śniadanie było w pakiecie i przygotowałam się na nie duchowo. Okazało się wtedy, że wbrew pozorom, to opcja obfita, ale jednocześnie lekka i (czego można było się spodziewać) napakowana smakiem. Dodatkowym plusem może być otoczenie, jeśli je się w pokoiku śniadaniowym na terenie hanoku (tradycyjnego domu). Zestaw może więc zawierać zupę (np. z tofu, rybą, mięsem), rybę, typu lokalną soloną makrelę, placki ziemniaczane lub z cebulą dymką, kimchi, ryż, smażone mięso typu bulgogi, jajka w jakiejś postaci, prażone płatki nori (alg) do zawijania ryżu, dodatkowe kiszonki/warzywa i owoce – wszystko w ilości po kilka łyżek, raczej nie więcej, więc jest do opanowania. Taki trochę bento box 😉. W wersji skromniejszej byłaby to zupa z ryżem i może tylko jeszcze jednym dodatkiem. W każdym razie już po pierwszym podejściu stałam się fanką, w przeciwieństwie do śniadania amerykańskiego w wersji full (i jajka, i boczek, i kiełbaski, i pankejki…), które dostaliśmy w jednym miejscu też w pakiecie, i mimo najlepszych chęci zjedliśmy góra 2/3. Jak jednak usłyszałam, tym razem zachowaliśmy się zgodnie z etykietą koreańską, według której nie zjada się do pustego talerza, bo to sugeruje, że było za mało, i może poskutkować przyniesieniem dokładki (i z przystawkami tego parę razy doświadczyliśmy). Osobom wychowanym w „nie wstaniesz póki nie zjesz”, ew. „zostaw ziemniaki”, i przekonanych co do słuszności zasady zero waste ciężko się na to przestawić, ale faktem jest też, że koreańskie porcje są zasadniczo dość obfite.

Andong

Ww. skansen, gdzie mieszkaliśmy w hanoku (bardzo polecam to doświadczenie!), znajdował się w miejscowości Hahoe, w środkowej Korei. Najbliższe większe miasto to Andong, które słynie (poza wspomnianą już wcześniej makrelą – ale to cały region) z potrawki z kurczaka zwanej andong jjimdak. Nie czytałam na jej temat jakoś dużo, bo nastawiałam się spożywczo na makrelę, ale M słusznie zauważył, że może wystarczy jak zjemy ją na jeden posiłek w ciągu dnia. Kręcąc się po lokalnym targu, gdzie każda czynna (okolice 15-16 to nie są popularne pory na posiłek) knajpa serwowała jjimdak, usiedliśmy w takiej, w której było więcej klientów i wybraliśmy porcję o standardowej ostrości (była też wersja ekstra i łagodna) dla 1-2 osób, choć M miał obawy, że będzie za mała. Zmienił zdanie, jak zobaczył nasz półmisek wieloosobowy, w którym było wszystko: kurczak (do samodzielnego pokrojenia nożyczkami), makaron, ziemniaki, warzywa oraz ryżowe kopytka stanowiące najczęściej bazę dania tteokbokki (o którym niżej). Danie jest esencjonalne, sycące i ogólnie bardziej jesienne czy zimowe (tego dnia było gorąco), ale mimo to zjedliśmy ze smakiem (zostawiając jakieś symboliczne resztki, żeby nie było, że jesteśmy całkiem niewychowani 😉). Lokalne specjały jak wyżej opisany stanowią dla mnie dowód jednak, że kuchnia koreańska jest urozmaicona – dwa dni przed tą rozgrzewającą potrawką zjedliśmy w Chungpung (kilkadziesiąt km na zachód od Andong) pstrąga znajdującego się na drugim biegunie od jjimdak. Pojechaliśmy do lokalnej restauracji, którą na mapie znalazł M, wiedząc tylko, że specjalizuje się w rybach. Menu było bardzo krótkie, na szybko (bo długie dumanie nad kartą dań – czy czymkolwiek… – to nie w Korei) zorientowałam się, że jest tam pstrąg dla 2, 4 i więcej osób, sum lub potrawka z suma. Poprosiliśmy więc o pstrąga. Po bardzo wielu miseczkach przystawek pojawiła się micha pokrojonych surowych warzyw (kapusta, sałata, cebula itd.) oraz wielki talerz surowego, super świeżego pstrąga w plastrach, po czym pani z obsługi dokonała demonstracji, co właściwie mamy zrobić. W skrócie należało w misce wymieszać gochujang, olej sezamowy, wasabi i mąkę (wydaje mi się, że sojową bądź może z tapioki) na pastę, dodać warzywa, dodać pstrąga i zajadać. Składniki trochę jak w poke bowl, ale inaczej podane. Dzielnie odtwarzaliśmy kolejne kroki (i nawet nagraliśmy filmik), stopniowo zmniejszając ilość pstrąga na talerzu, ale nasza pani była pełna niepokoju: czy nie za mało warzyw? Może donieść? Czy smakuje? Gdy wstałam po chusteczkę z pudełka stojącego na parapecie, zaraz dostaliśmy całe pudełko na własność 😉. W końcu użyliśmy translatora do przetłumaczenia naszych komplementów pod adresem posiłku, i pani się aż rozpromieniła.

Na targu w SokchoRyby to także atrakcja targu w Sokcho na wschodnim wybrzeżu (które to miasto ogólnie zbyt wiele atrakcji nie ma 😉). Targ warto odwiedzić, choć osoby wege może lepiej by skupiły na poziomie parteru – podziemia to miejsce, w którym ‘się dzieje’ w zakresie ryb. W skrócie, można popatrzeć sobie na pływające w zbiornikach np. owoce morza, które później się zje bezpośrednio przy tych zbiornikach. Posiłek zamówiliśmy nie wiedząc, na co się zgadzamy (nie pierwszy raz w Korei) – ba, ledwo się zorientowaliśmy, że zamówiliśmy (też nie pierwszy raz – w przypadku naszego drugiego koreańskiego grilla np. odkryliśmy, że niechcący złożyliśmy zamówienie, jak pan zaczął rozgrzewać sprzęt na stoliku). Zrozumieliśmy tylko słowo sashimi, i faktycznie, na stole pojawiła się także surowa ryba. Oraz surowy tzw. ananas morski (nie muszę tego powtarzać 😉) i prawdopodobnie jeżowiec (uwaga jw.). W końcu na palniku gazowym, umieszczonym już wcześniej na stole (co często spotyka się w Korei) znalazło się danie główne, które – jak się okazuje – też zamówiliśmy, czyli kociołek pełen gorącej zupy rybnej. O zestawie dodatków czy też przystawek już nie wspominam, ale było ich wiele, w tym np. tofu. Każdy z tych trzech ww. posiłków był ciekawy, bazujący na lokalnych specjałach i jednocześnie inny od poprzednich naszych doświadczeń kulinarnych.

Targ Gwangang w SeuluSkoro o targach mowa, w Seulu odwiedziliśmy targ Gwangjang, i jest to ciekawe doznanie na samo oko (wrażliwsze znajome miały problem z kurzymi łapkami czy racicami, ale z drugiej strony, gdzie zobaczycie mieszanie kimchi na żywo czy kupicie beyond spicy gochugaru?). W knajpce na terenie targu spróbowaliśmy od kolegi czegoś, czego sama bym nie zamówiła, tj. tzw. żywej ośmiornicy – tzn. surowej, na świeżo drobno pokrojonej i ruszającej się na talerzu. Uwaga, ośmiornica może się przyczepić np. do podniebienia bądź zęba (u mnie). Pozostałe dania na stole nie budziły kontrowersji, tj. placki warzywne lub z dodatkiem owoców morza oraz kimbap, czyli koreańskie rolki (doprawione nieco inaczej niż japońskie).

Samgak kimbap x 2

Co prowadzi mnie do fascynującego zjawiska pt. koreańskie spożywczaki i co w nich można kupić. Nie mówię o dużych supermarketach (nawet nie wiem, czy gdzieś taki widziałam), tylko niedużych sklepach w stylu osiedlowym. Wśród najpopularniejszych jest 7 Eleven, znane mi z innych krajów czy GS25 (na który oczywiście mówiliśmy ‘giees’ 😉). Można w nich m.in. doładować lub kupić karty T-money do transportu publicznego (i można nimi też w tych sklepach płacić), a także… przygotować sobie posiłek. W wielu sklepach bowiem są czajniki (do zalania wrzątkiem np. zupki czy makaronu instant) i/lub mikrofalówki, a także miejsca (czasem na zewnątrz), by przyrządzone lub podgrzane danie zjeść. Moim jednak faworytem były samgaki (samgak kimbap), trójkątne koreańskie onigiri. Na zdjęciu widzicie zapakowaną wersję mniejszą (1200 won, czyli mniej niż 4 zł), jest też większa. Farsz jest zazwyczaj mięsny lub rybny; chyba najbardziej smakowała mi wersja lekko ostra, co próbowałam niedawno odtworzyć (patrz przepis na końcu wpisu). Raz w większym gieesie trafiłam na pełne rolkowe kimbapy, ale trójkąty są bardziej powszechne – w najgorszym wypadku (wieczorem) widziałam pustą półkę, na której powinny siedzieć.

Zimna zupa z kimchi i seulska jadłodajniaPodsumowując, wychodzi na to, że najwięcej posiłków (i to udanych) zjadłam w lokalach, które zazwyczaj nazywam ‘zapyziałymi’. Takie były wszystkie knajpki na targach, czy jadłodajnia, o której wspomniałam na początku, czy tycie miejsce do którego właścicielka nas właściwie wciągnęła (drugiego dnia w Seulu), widząc, że się wahamy przed wejściem (po czym bezceremonialnie przesadziła inną klientkę, by zwolnić trzy miejsca koło siebie; po posiłku nas wyrzuciła, na migi pokazując, że czas na popołudniową drzemkę ;). Poza opisanymi wyżej daniami najczęściej jedliśmy jakąś formę makaronu (częściej na zimno niż na ciepło – tu na duże wyróżnienie zasługują ex aequo ostre zimne nudle z warzywami, tj. bibim-guksu, z Myeong-dong oraz makaron gryczany podany z wasabi i startą rzepą, zjedzony bezpośrednio po wycieczce pieszej w parku Bukhansan). Jeśli nie makaron, to mogła być zupa (na zimno – np. z kimchi – lub ciepło) bądź pierożki (na parze lub smażone). Dwa razy wybraliśmy się też na koreański grill – w tym raz jak wspominałam, tak naprawdę przypadkiem (gdy nie zorientowaliśmy się, że kelner zamówił za nas), ale było to nieoczekiwanie bardziej pozytywne doświadczenie, niż podejście pierwsze, bo poza mięsem było sporo innych niemięsnych dodatków (kiszonki, warzywa, tofu), a także różne liście do przyrządzenia ssam (kęsków mięsa zawijanych w liście; w podobny sposób mogliśmy też zjeść sashimi w Sokcho). Nie da się ukryć, że grill koreański to widowiskowe doświadczenie (ruszt jest wbudowany w stolik, a obsługa załatwia najważniejsze sprawy techniczne, np. krojąc mięso nożyczkami), choć dym może być nieprzyjemny, a ogień także grzeje. Nie jest to też, co zrozumiałe, żadna frajda dla osób nie jedzących mięsa czy ryb (bo bywają podobno wersje z owocami morza, ale nie trafiliśmy). Raz zjedliśmy też obiad na festynie przy pałacu Namhansanseong na obrzeżach Seulu. Byliśmy (w trzy osoby) jedynymi cudzoziemcami na imprezie, więc budziliśmy życzliwe zainteresowanie i m.in. zostaliśmy obdarowani kubeczkami z czymś, co wyglądało jak surowy kurczak w mące, a okazało się być mało słodkimi żelkowatymi słodyczami pt. injeolmi (nie polecam, zresztą, lokalsi chyba też nie zawsze kochają, bo pani przy stoliku obok próbowała nam oddać jeszcze swoją porcję). Kolega poza tym wrócił z miseczką pikantnych podrobów (zdania były sprzeczne, czy były to żołądki czy płucka), plus nabyliśmy dwie porcje również pikantnych pomidorowych ryżowych klusek tteokbokki. Na pierwszy rzut oka przypominały pomidorowe gnocchi, i w smaku osobiście wolę te ostatnie – ale fani klusek śląskich np. mogą być zachwyceni.

Nad bibimbap z omułkami + koreański grill

Wreszcie ostatniego dnia w końcu dorwaliśmy… bibimbap! Wydawałoby się, że to najpopularniejsze koreańskie danie, a jakoś nie było nam z nim po drodze na miejscu. Co prawda raz z kolegą trafiliśmy do zapyziałego (oczywiście) miejsca koło seulskiego Muzeum Wojny, gdzie Pani zaproponowała nam kkomak bibimbap, tj. bibimbap z omułkami (jak dowiedzieliśmy się z Google Translatora), i choć danie było smaczne i towarzyszyły mu ciekawe dodatki, było podane częsściowo na zimno i poza dodatkiem ryżu, warzyw i sosu, nie przypominało dania podawanego w gorącej misce kamionkowej, z ryżem przypieczonym na dnie. Co ciekawe, choć zjem oczywiście bibimbap jak mi się go poda (podobnie jak tteokbokki, tylko może małą porcję ;), zgodnie z M stwierdziliśmy, że to nie nasze ulubione koreańskie danie, i choć bezpieczne, nie wydaje mi się dobrym wprowadzeniem do lokalnej kuchni, bo nie jest (moim zdaniem) reprezentatywne. Na jego podstawie myślałam, że kuchnia koreańska jest często mdła lub przynajmniej łagodnie doprawiona, a nic bardziej mylnego!

Obawiam się, że mogliście zasnąć przy lekturze. Jeśli jednak nie macie dość Korei, kolejnym razem będzie (krótszy) wpis o napojach i słodyczach. A teraz praktycznie: przepis na domowe onigiri/samgaki (choć jeśli samgak oznacza trójkąt, a mi lepiej wychodzi lepienie kulek, to może nazwa onigiri jest bardziej trafna?), będący wypadkową wytycznych Emiko Davies (gotowanie ryżu) i paru przepisów (np. tego i tego) na farsz.

Składniki (4-5* sztuk)

  • szklanka ryżu do sushi
  • 1,5 szklanki wody (do gotowania)
  • puszka tuńczyka (w oleju lub naturalnego)
  • ½-1 łyżka majonezu
  • 1-2 łyżeczki (lub do smaku) gochujang (ew. innej ostrej papryki w formie pasty)
  • łyżeczka sosu sojowego
  • opcjonalnie: arkusz nori, podzielony na kilka pasków, posypka typu mieszanka furikake lub sezam uprażony na patelni

OnigiriRyż umieścić w garnku, zalać wodą, zamieszać, wodę odcedzić i takie płukanie powtórzyć kilka razy, aż odlewana woda będzie klarowniejsza. Zalać ponownie wodą, odstawić na ok. 30 min. Wodę ostatni raz odcedzić, dodać odmierzone 1,5 szklanki wody do gotowania i szczyptę soli, zagotować pod przykryciem, skręcić ogień na mały i gotować do absorpcji wody (ok. kilkanaście minut), najlepiej nie zaglądając do środka. Po wchłonięciu wody ryż wsadzić ‘do tapczanu’, tj. wciąż pod przykryciem wsadzić np. pod/między poduszki kanapy, ew. dodatkowo owinięty w koc, na przynajmniej 20-30 minut.

Przygotować farsz: odcedzonego tuńczyka dokładnie rozdrobnić widelcem (naturalnego proponuję też skropić lekko olejem), dodać majonez, sos sojowy i gochujang (można tylko do ½, uzyskując dwa różne warianty).

OnigiriUgotowany ryż przemieszać widelcem, i lekko przestudzić (tak aby nie parzyć się przy lepieniu). Postawić pod ręką farsz, pocięte algi (jeśli używacie), opcjonalną posypkę, miskę z wodą, sól i małą miseczkę (ok. 8 cm średnicy) wyłożoną folią spożywczą. Dłonie zwilżać wodą i nacierać szczyptą soli, nabierać garść ryżu, lekko formować dłońmi i albo od razu robić dołek do napełnienia farszem lub, jeśli ryż się mocno lepi i/lub macie problemy z formowaniem, przenosić go do miseczki z folią. Dla mnie ta druga metoda okazała się łatwiejsza: po ponownym zwilżeniu palców robię na środku otwór, umieszczam farsz, potem zamykam trochę pociągając za rogi folii, trochę lepiąc palcami. Ostateczny kształt może być okrągły, trójkątny, kwadratowy (ale mnie kule wychodzą zdecydowanie najlepiej). Gotowe onigiri można zostawić jak są, lub umieścić na pasku nori, który następnie owijamy dookoła (i potem trzymamy za niego podczas jedzenia), lub obtoczyć/posypać mieszanką furikake bądź po prostu uprażonym sezamem (ponownie warto zwilżyć dłonie). Jemy od razu lub schładzamy; schłodzone kulki są bardziej zwarte. Najlepiej owinąć każdą osobno folią i przechowywać w lodówce do 2 dni, ale wyciągnąć z niej na przynajmniej 1 h przed jedzeniem, żeby nie były zbyt twarde.

* Teoretycznie powinny wyjść 4 duże sztuki, mnie się jednak naprawdę duża kula nie mieści w dłoni (która jest obiektywnie niewielka), więc wychodzi mi 5.