Zacząć pisać bloga jest (czy też było kilkanaście lat temu) łatwo, ale jeszcze łatwiej jest przestać pisać – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy przynajmniej część funkcji blogów została zastąpiona przez media społecznościowe. Mam jednak samolubne pobudki by bloga utrzymać: korzystam z niego jak z osobistego wirtualnego notatnika, nie tylko kulinarnego. I stąd nowy wpis ;).
Ostatnie miesiące nie były bardzo inspirujące kulinarnie: Boże Narodzenie, nawał pracy do wykonania i potem zmiana formuły pracy, przyspieszony w związku z ww. wyjazd na urlop plus choroba (tak, ta wiadoma 😉 nie pomogły, nie mówiąc nic o wojnie, która rozpoczęła się miesiąc temu – bo dodaję te ostatnie słowa do szkicu postu z lutego. Mam jednak cały czas w odwodzie pewien przepis, który chcę dla św. spokoju zrobić jeszcze raz przed wrzuceniem na blog, oraz kilka złotych myśli z zimowego urlopu, o których niżej.
Otóż w górskim mieszkaniu wakacyjnym są zawsze jakieś zapasy spożywcze, ale nie w takiej ilości oraz urozmaiceniu, co w domu (co chyba jest zrozumiałe). Innymi słowy, mąka jest np. tylko uniwersalna pszenna, a nie 10 różnych rodzajów, strączkowe reprezentowane są tylko przez soczewicę w jednym kolorze i jakąś puszkę fasoli, itd.
Stąd w Sylwestra, gdy M wyraził chęć powrotu do tradycji pt. bliny, spytałam, czy szukamy mąki gryczanej, i usłyszałam, że po co, zużyjmy to, co jest (i słusznie). W związku z tym informuję Was i siebie, że przepis na bliny pszenno-gryczane bardzo dobrze również działa z samej mąki pszennej uniwersalnej. Na ½ przepisu, czyli 225g mąki, użyłam 2 średnich jaj i 250 ml mleka, pozostałe składniki podzielone na pół.
Innym razem, gdy zjedliśmy konkretniejszy posiłek na stoku i szukałam pomysłu na sałatkę na kolację, przypomniałam sobie o włoskim połączeniu fasoli z tuńczykiem. Podczas pierwszego pobytu w Rzymie zapamiętałam to jako koniecznie fasolę białą, połączoną z tuńczykiem w oleju/oliwie, plus czerwona cebula. W szafce znalazłam tuńczyka w sosie własnym, fasolę czerwoną, cebula zaś była zwykła 😉. Pogrzebałam jednak w internecie ku inspiracji, kierując się także posiadaną kolendrą i dymką, ale przynajmniej ta ostatnia nie jest niezbędna. Zamiast kolendry można by też użyć natki pietruszki, jeśli macie taką naprawdę aromatyczną (zimą o to niełatwo).
Sałatka czerwona fasola i tuńczyk:
- puszka fasoli, odcedzona, zachowana ok. łyżka płynu
- puszka tuńczyka w sosie własnym, odcedzona
- ząbek czosnku
- szalotka (1 mała)/cebula cukrowa (ok. ½ średniej sztuki)
- cebula dymka (1 mała)/garść szczypiorku
- 1,5 łyżki oliwy
- 1,5 łyżki octu jabłkowego (lub soku z cytryny)
- mała garść kolendry, ew. pietruszki (uwagi wyżej)
- sól/pieprz do smaku
Szalotkę i dymkę drobno posiekać (można też tą ostatnią pominąć, ew. dać trochę więcej szalotki), zmieszać z b. drobno pokrojonym (lub przeciśniętym przez praskę) czosnkiem. Zalać oliwą, octem, dodać szczyptę soli i pieprzu, odstawić na kilka-kilkanaście minut na bok. Dodać odcedzoną fasolę wraz z odrobiną płynu, tuńczyka i połowę kolendry, dokładnie wymieszać i doprawić do smaku. Odstawić ponownie na ok. 5-10 minut, sprawdzić doprawienie. Podawać posypane pozostałą kolendrą.
Wreszcie, trzecim wykorzystaniem tego, co jest, były placuszki bananowe na bazie dyniowych, albo miałam kilka bananów wołających o zjedzenie. Innymi słowy, wykorzystałam ten przepis, z różnicą, że: zredukowałam cukier do łyżeczki cukru; zamiast dyni dałam dwa rozgniecione banany dopełnione do pojemności szklanki jogurtem, i dodatkowo ok. 2 łyżek mleka, bo masa była za gęsta. Placuszki wyszły bardzo puchate, tzn. mocno wyrośnięte, i świetnie pasowały na śniadanie nie tylko do słodkich dodatków.
PS. Jeśli ktokolwiek to czyta, obiecuję, że na kolejny wpis nie będziecie czekać kilka kolejnych miesięcy.
Czyta, czyta! 🙂 Ja tam nadal lubię dłuższe wpisy na blogach, nie tylko w social mediach i nawet zaczęłam obmyslać jak by to zrobić, żeby „Kuchnia..” miała znów trochę bardziej „pamiętnikowy” charakter, trochę mi tego brakuje 🙂
Sałatkę biorę w ciemno, znów trochę więcej pracuje zdalnie więc wszelkie przepisy na szybkie i lekkie dania mile widziane 🙂
Ha, bardzo kibicuję powrotowi Kuchni Naszej! No i miło mi 🙂
Świetnie, że pojawił się nowy wpis 🙂 Ujawniam się i witam dzisiaj, ale bloga (chyba mojego ulubionego spośród polskich okołokulinarnych…) śledzę i czytam od lat.
Bardzo mi miło!