Powrót do Londynu

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew’s, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

Powrót do Londynu

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Powrót do Londynu

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.

Powrót do Londynu

Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.

Powrót do Londynu

Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).

Powrót do Londynu

Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge’s był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).

Powrót do Londynu

Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę – salt beef – z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Powrót do Londynu

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Powrót do Londynu

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk 😉 (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal’s Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).