Różana

RóżanaByłam w warszawskiej Różanej wielokrotnie i za każdym razem miałam ochotę powiedzieć niczym Oniegin: „A szczęście […] było tak blisko…”, czy jak kto woli, Maks Paradys: „A miało być tak pięknie…”.

Gdy pierwszy raz otworzyłam drzwi przedwojennej willi na Mokotowie, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie do lat 30-tych i wpadłam na prywatne przyjęcie w jakimś zamożnym mieszczańskim domu (może u opisywanej przez K.T. Lewandowskiego Generałowej Zasławskiej ;). Dom kiedyś służył celom mieszkalnym, i wciąż to widać w wystroju wnętrz. W głównej sali pod ścianami stoją serwantki i kredensy, wiszą lustra, przy stolikach (nakrytych szydełkowymi serwetami) stoją kwiaty. Gdyby nie to, że tych stolików jest więcej, niż zwykło się ustawiać w salonie, moglibyśmy być w prywatnej bawialni. Ze względu na retro-polski klimat zawsze sądziłam, że restauracja jest dobrym miejscem do przyprowadzenia cudzoziemskich gości.

Karta dań także nawiązuje do dawnych klimatów. Jest w niej móżdżek cielęcy (moja ulubiona przystawka), „domowe” pasztety, pieczona kaczka, kurczę z nadzieniem, innymi słowy: kuchnia polska tradycyjna, ale nie biesiadna, i nawet nie całkiem restauracyjna, bardziej w stylu proszonego obiadu. Tu dochodzę do pierwszego „ale”: restauracja aspiruje do pewnego (wyższego) poziomu gastronomicznego, a dania są – zazwyczaj  – dość smaczne, ale podane i przyrządzone na poziomie kuchni domowej. Przy takiej otoczce, także cenowej, oczekuję jednak czegoś więcej. Nigdy żadne danie mnie tam nie zachwyciło, a zdarzały się i wpadki, typu przesuszona kaczka, którą ostatnio jadł M.

Różana

Jak jesteśmy przy wpadkach – każdemu coś niecoś (sic) może się zdarzyć. Gorzej, jeśli jest to nagminne. A to szydełkowa serweta była pokryta malowniczym wzorem z plam, a cukiernica mocno wyszczerbiona; a to (dwukrotnie) na stole pojawiło się zbyt schłodzone białe wino; kelner przyniósł bezę z sosem malinowym, choć było bardzo podkreślane, że ma być bez, lub też – moja ‚ulubiona’ sytuacja – kelnerka zrobiła się znacząco milsza, gdy zamówiliśmy butelkę wina. Średnia liczba wpadek to dwie na wyjście.

Mimo tych wątpliwości nie mogę powiedzieć, że nie polecam Różanej. Za każdym razem, gdy tam idę, liczę na to, że „a nuż” coś się poprawiło i nie będzie żadnych zgrzytów. Skoro poprawiło się np. pieczywo, to i reszta też może. A jeśli nie, to przynajmniej można przez godzinę czy dwie poczuć się jak „w małym dworku”.